Pamiętnik nastolatki - gimnazjum (odcinek 8)
Tradycyjny dzień na konkretną katastrofę. Z samego rana niezapowiedziane kolokwium. No, super i to jeszcze z geografii. Aaaaa... i co teraz? Max i Julka też nie znali odpowiedzi. A Michał był wobec mnie taki dziwny, że nie mam zamiaru się nim przejmować. Jedyna osoba, która na bank napisze kolokwium na piątkę, to Sylwia. Więc trzeba do niej zagadać, żeby koło niej usiąść, a potem iść po szkole z nią na lody. Ale skąd ja wezmę na to pieniądze??? Nie wiem. W sumie, nawet w domu mamy jakieś lody, to może skubnę do siebie do pokoju i ją poczęstuję...
Kolokwium nie było trudne - bo z pracy domowej, a wszyscy się tak bali. Ja odrobiłam, więc jakoś powinno pójść. Sylwia okazała się niepotrzebna.
Po szkole jakoś musimy z Maxem wywalczyć pokój do ćwiczeń. Pani Berta, która siedzi na portierni, jest czasami bardzo skłonna do współpracy lub nie. A dla nas, flecistów, musi być odpowiednia akustyka w pokoju, co nie zawsze da się z nią wynegocjować. Max musi zrobić ładne oczka, żebyśmy dostali pokój 32.
Z Knypkiem mieliśmy dzisiaj godzinę wychowawczą. Usilnie próbował naszej klasie uświadomić, że nie każdy pójdzie na końcowy bal, jeśli nie przyłożymy się do nauki. Przeznaczenie nauczycieli jest naprawdę durne, tylko gonić do nauki i gonić. Na bal chcę iść, ale nie mam z kim, ani nie mam do tego głowy. Tym bardziej, że Michał mi od samego rana na żadnego sms-a nie odpisał, więc chyba koniec z naszą znajomością. Tak sadzę. Julka, jak to usłyszała, to o mało mnie nie zabiła wzrokiem i nawet pokuszę się o stwierdzenie, że posłała mnie do piekła myślami. A dlaczego? A co? Po co? Przecież tak dobrze się dogadujecie... Tylko to słyszałam. - Dogadywać? Tak, owszem, dogadywaliśmy! - podkreśliłam. Teraz z powodu, że ja muszę ćwiczyć z Maxem, wszystko się posypało.
Wieczorem sztuka taty miała się zacząć o godz. 19-tej, więc już o 18-tej byliśmy w teatrze. Kiedy tata i jego koledzy z grupy się przebierali, ja oczywiście siedziałam na korytarzu, żeby nie przeszkadzać. Przy okazji miałam możliwość gawędzenia z jedną z taty najlepszych koleżanek, która mieszka nad nami. A nazywa się Agata. Lassie zawsze, jak ona do nas przychodzi, sika ze szczęścia - tak ją lubi. Ja zresztą też, bardzo za nią szaleję. Ona jest niby starsza ode mnie o wiele, ale i tak dogadujemy się jak koleżanki.
Krótko przed rozpoczęciem tata wprowadził mnie do tajnej loży dla vip-ów (bo akurat nie była zajęta), przy samej scenie, więc spokojnie mogłam obejrzeć moją ulubioną sztukę. Uwielbiam moment, kiedy ksiądz wchodzi na scenę ze śmiesznie założonymi rękami i śpiewa swoją partię. Jest to ogólnie bardzo śmieszna sztuka. Tata wytłumaczył mi też, jak i gdzie mam podejść na przerwie, żeby mógł mnie zgarnąć, tak, żeby publiczność pozostała nie widziała mnie. Tak też zrobiłam. A że mieliśmy 30 minut przerwy, spokojnie z tatą mogłam pójść do kantyny - tak zwanej stołówki teatralnej. Tam już siedzieli wszyscy i czekali na mnie i tatę przy takim dużym stole. Kurczę, jak ty urosłaś, jak już spoważniałaś - takie teksty słyszałam. W sumie, tak jest zawsze. Nie mam tak okazji, żeby chodzić do teatru, tym bardziej, że tata nie może nas zabierać tam zbyt często. Dobrze się dogaduję z taty towarzystwem, tym bardziej, że też czuję muzykę.
Dalsza część sztuki przebiegła bardzo śmiesznie i muzykalnie. Tym bardziej, że ksiądz miał jedną z głównych partii. A całe przedstawienie skończyło się o 22. Do domku wróciłam o 22:30. Strasznie późno, ale warto było.





























